40. SZKOŁA TOTALNEJ PORAŻKI

Olimpia: Jasne, to znów ja. Pewnie się zastanawiacie jak znalazłam się w takiej sytuacji. Cóż, wszystko zaczęło się pewnego ładnego, jesiennego dnia...

Baba O'Riley - The Who

Out here in the fields              Tutaj, na polach
I farm for my meals                Pracuję na siebie
I get my back into my living    Wkładam cały swój kręgosłup w to, by się utrzymać



Poszłam do szkoły, jak zwykle. No, prawie zwykle. Przynajmniej ostatnio chodzę dość regularnie. 

I don't need to fight                    Nie muszę walczyć
I don't need to be forgiven          Nie muszę prosić o przebaczenie
Yeah, yeah, yeah, yeah, yeah      Tak, tak, tak, tak, tak
Don't cry                                    Nie płacz
Don't raise your eye                    Nie podnoś wzroku
It's only teenage wasteland         To tylko nastoletnie pustkowie
To prove I'm right                       Żeby udowodnić, że mam rację





Oto Liceum im. Flamenco Caliente*, nazwane po gościu, który w życiu płonął jasno, a potem dramatycznie kipnął w pożarze. Na tyle, że go zapamiętano. A oto ja w tej cudnej placówce — przeciętna uczennica ze skomplikowanym stosunkiem do ognia. Tylko nie myślcie za długo nad ironią tej sytuacji.

Flamenco Caliente - ojciec trzech sióstr Caliente z Sims 2. Caliente oznacza po hiszpańsku "gorący".





Wszyscy mówią, że to bardzo dobra szkoła. Miejsce z pasją, iskrą, żarem młodych talentów... Tak, teraz już trochę się nabijam. Bo z jednej strony jasne jest, że zupełnie tu nie pasuję. Ale z drugiej… no chyba sami widzicie, że karma maczała w tym swoje palce.





Tego dnia lekcje były wyjątkowo trudne do wytrzymania. Omawialiśmy anatomię żaby. Po przerwie miała być praktyka. Dobrze, że biedna Teodora była w domu i nie widziała tego pastwienia się nad swoją żabią familią. 





Olimpia: Nie pokroję żaby! Nie ma mowy! Cały czas widziałabym na stole Teodorę.
Elena: To może się stąd zupełnie zawiniemy?
Olimpia: Nieee, to odpada. Nie mogę znów nawalić. Obiecałam mamie, że już nic nie wywinę. 
Elena: To może udasz, że się źle czujesz?





Pomysł z chorobą bardziej mi się spodobał. Elena miała głowę do takich rzeczy. Tak, to mogło się udać. Zresztą, na widok pociętej żaby niekoniecznie musiałam udawać cokolwiek. Zaplanowane oszustwo mogło po prostu zmienić się w spektakularny, zupełnie niezaplanowany bełt. 





Tak rozmyślając nad tym planem idealnym, zupełnie nie zauważyłam, że jest już po dzwonku. Nie zauważyłam też dyrektora. Za to on mnie tak. Mając w głowie tylko wyimaginowane bełty, wypaliłam, że się czymś zatrułam i właśnie wracam z łazienki. Kupił to. Tyle wygrać. Chociaż w sumie skłamałam tylko w połowie.





Pani F. nie była już taka wyrozumiała i zupełnie nie zrozumiała mojego dowcipu o tym, że nigdy nie znajdzie swojego księcia, jak będzie kroić wszystkie żaby. No co. Przecież to prawda. 





F.: Tak ci do śmiechu, Drozd? Dziś możesz szlifować swój dowcip całe popołudnie, bo zostajesz po lekcjach!





Kazała mi też dokończyć w przerwie zadanie z tablicy. Lepsze to, niż krojenie żaby. Niestety, powiedziała też, że zadzwoni do mamy. Czyli znów nawaliłam. Jak pech to pech. Rozmyślając o tragikomedii swojego życia, trochę odpłynęłam i stworzyłam prawdziwe dzieło sztuki na tablicy.





Carmen: A cóż to za okropieństwo? Czy to twój autoportret, Drozd?
Olimpia: Carmen. Co ty tu robisz?
Carmen: Przyszłam po książki dla pani F. I przyznaję, że to niezła satysfakcja widzieć cię tam, gdzie twoje miejsce. W kozie! Hahaha!





Olimpia: No proszę, proszę. Święta, wrażliwa Carmen. Kto by pomyślał, że potrafisz sobie pozwolić na takie złośliwości. Co by powiedziała twoja mamusia? A pani F.? Pan dyrektor? Fiu, fiu. 
Carmen: Myślisz, że jesteś taka dowcipna, Drozd?
Olimpia: Ja to wiem! I w przeciwieństwie do ciebie, umiem coś więcej niż tylko mleć ozorem. 





Olimpia: Ja nie boję się przekuwać pomysły w czyn! 
I niewiele myśląc, Olimpia chwyciła z biurka pani F. naczynie z kolorowym płynem.
Carmen: ¡Idiota! To był gencjan!!! To już nie zejdzie!!!
Olimpia: I dobrze! 





Carmen: Raczej niedobrze. Niedobrze dla ciebie. Patrz, co zrobiłaś z moim ubraniem. I z podłogą. Idę do pani F. i wszystko jej zaraz powiem. Zobaczymy, kto się wtedy będzie śmiał. O widzę, że już zrzedła ci mina. 





Widząc wychodzącą Carmen, pomyślałam, że teraz to już koniec. Masakra. Ale się wrobiłam. Co robić. CO ROBIĆ? Musiał istnieć jakiś sposób. Coś. Cokolwiek...
Mój wzrok przykuł tył klasy. To się mogło udać. 





Pomyśleliście pewnie, że wznieciłam pożar? No to was zaskoczę. Jestem już mądrzejsza niż kiedyś, więc nie podpalam swoim problemów. Plus mimo wszystko nie chciałabym spalić swojej szkoły. Ale małe włamanie do radiowęzła połączonego z systemem przeciwpożarowym to zupełnie coś innego...






Kto by pomyślał, że to będzie takie łatwe? Idealna dywersja. Miałam otwartą drogę ucieczki. I wszystko pewnie by się udało, gdyby nie...





...niedomknięte drzwi do gabinetu dyrektora. Taka okazja. Nie do przepuszczenia. Pomyślałam, że mogłabym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zhakować system ocen i zdobyć hasło do konta tej larwy Carmen. W sumie to trzy pieczenie, bo cała dywersja już była sukcesem. 





Hasło do konta Carmen zdobyłam bez problemu. Trochę się zdziwi ta świętoszka. 
Niestety, przy próbie zhakowania ocen napotkałam niespodziewane problemy. Zamiast poprawić oceny, jeszcze je pogorszyłam. A do tego chyba uruchomiłam cichy alarm...





Pewnie się domyślacie, co było później. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. 
Komputer dyrektora musiał mieć dużo lepsze zabezpieczenia niż sądziłam, a alarm musiał się uruchomić wcześniej niż zauważyłam, bo nagle do gabinetu wparował dyrektor w zaskakującym towarzystwie. Miałam przechlapane.





I tak oto dotarliśmy do tego momentu mojej opowieści. Oczywiście wkrótce do szkoły przyjechała mama, która prawie dostała zawału na miejscu, gdy usłyszała, co zrobiłam. Dyrektor powiedział, że jeszcze nigdy nie miał w szkole takiego degenerata jak ja. Ups.






Po czym stało się coś, na co zupełnie nie byłam przygotowana. Zostałam wyrzucona ze szkoły. 
Wiecie... czułam, że jest źle. Ale w najgorszych koszmarach nie myślałam, że aż tak.






Jak możecie sobie wyobrazić, mama była załamana. Była tak zła, że nie odezwała się do mnie całą drogę do domu. Ani później. Trochę się boję, że już nigdy się do mnie nie odezwie. 





Wiem, że to, co za chwilę zrobię, jest już totalną przesadą, ale po prostu muszę. 





Muszę z kimś o tym wszystkim porozmawiać. 





Wren: Oj, Ollie. Mówiłem ci, że kiedyś wpakujesz się w prawdziwe kłopoty. 
Ollie: Mówiłeś. 
Wren: Co teraz zrobisz?
Ollie: Nie wiem, naprawdę nie wiem, Wren.






Wren: Wiesz, wyrzucenie ze szkoły to jeszcze nie koniec świata. Mogło być gorzej.
Ollie: Serio???
Wren: Serio. Nie wszyscy kończą szkołę, a wychodzą na ludzi. Przyzwoitych ludzi.
Ollie: Nie wiem, czy mój tata zgodziłby się z tym punktem widzenia. 





Wren: Powinniście w końcu porozmawiać i się pogodzić. 
Ollie: Jak? Jak, Wren? I to jeszcze teraz? Już wcześniej pewnie był na mnie zły, a teraz po tej akcji już mi nigdy nie wybaczy!
Wren: Nie będziesz wiedziała, dopóki nie spróbujesz.





Ollie: Jestem totalną porażką. Nic mi nie wychodzi.
Wren: Nie mów tak, Ollie. Po prostu masz gorszy okres.
Ollie: Chyba gorsze wcielenie. 
Wren: Zobaczysz, za jakiś czas będziesz się z tego wszystkiego śmiała.
Ollie: Taaa... Jakoś ciężko w to teraz uwierzyć.





Wren: Ollie... Obiecaj mi coś tylko, dobrze?
Ollie: Co?
Wren: Nie zrób niczego głupiego. Proszę. Obiecasz?
Ollie: Yhmmm... Postaram się. 






Tego samego wieczoru, choć kilka godzin wcześniej, Carmen, szczęśliwa, że udało jej się wyszorować ze skóry gencjan, zalogowała się na Towarzyskiego Króliczka i ku swojej zgrozie odkryła, że ktoś się na niego włamał! I opublikował jej upokarzające zdjęcie w fiolecie. Niech się tylko dowie, czyja to sprawka...





Komentarze