28. PIERWSZE PSOTY ZA PŁOTY

Po spotkaniu w kawiarni Bas i Laura widywali się niemal codziennie. Czasem w pracy, czasem zaraz po niej. Chodzili razem na lunch, na kawę, a niekiedy wyskakiwali na drinka. Zwłaszcza wtedy, gdy Ollie spędzała czas na ranczu z mamą.



Rozmawiali o wszystkim, a czasem zupełnie o niczym. Czuli się ze sobą nadzwyczaj dobrze i swobodnie. Ich przyjaźń rozkwitła jak jeszcze nigdy dotąd. 

Niestety, tylko przyjaźń.

Żadne z nich nie zrobiło kroku naprzód, by zamienić tę relację w coś więcej.



Bastian zupełnie nie wiedział, jak przekroczyć tę ledwie wyczuwalną granicę między nimi. Z każdym spotkaniem pragnął coraz bardziej wyznać, co czuje. A jednak, gdy tylko próbował coś powiedzieć, słowa więzły mu w gardle. Nie chciał zburzyć tego, co odzyskali. Ale bycie przyjacielem już mu nie wystarczało.



Czasem łapał Laurę na spojrzeniu, które wydawało mu się bardziej miękkie, bardziej czułe, jakby ona też czegoś szukała. Nigdy jednak nie miał pewności, czy to nie tylko jego wyobraźnia. Ta niepewność go paraliżowała. Zupełnie nie wiedział, co powinien zrobić. A dni mijały.



Aż nastała wiosna. A w raz z wiosną pewne zmiany w sąsiedztwie. 

Ale wrócimy do tego później.



A teraz pora spojrzeć, co porabia Ollie. 

Do Chestnut Ridge też już przyszła wiosna. Po szkole Ollie spędzała sporo czasu, ćwicząc jazdę konną i bawiąc się z owcą Beką i kozą Meką. 



Ale najwięcej bawiła się ze swoją wymyśloną przyjaciółką, Pegarożcem Złośnicą. Złośnica jednak miała inną definicję dobrej zabawy niż to, co do tej pory znała Ollie. 



Olimpia: Ja będę groźną Calypso, a ty możesz być dzielną Freyą. 

Złośnica: Nudzi mi się ta zabawa. Mam lepszy pomysł, co możemy porobić. Ale musisz przyrzec uroczyście, że planujesz coś psotnego. 

Olimpia: Niech będzie. 



Olimpia: Przyrzekam uroczyście, że planuję coś psotnego. Buahahahaha!

Złośnica: Jeszcze nad tym popracujemy.



Złośnica: Przekonajmy się, która z nas lepiej przyozdobi podłogę!

Olimpia: Ja będę lepsza! Zaraz zobaczysz!



Olimpia: A teraz co porobimy? Może porzucamy samolotem?

Złośnica: Nieee... Lepiej poskaczmy po kałużach! 

Olimpia: Jej!

Złośnica: A teraz tańczymy dookoła stołu!

Olimpia: Dobrze mi idzie, Złośnico?

Złośnica: Idzie ci doskonale...



Złośnica: I co? Nie było dziś fajnie? 

Olimpia: Było super!

Złośnica: Tak trzymaj, a pokażę ci kiedyś superzabawnego psikusa. Będzie skwiercząco, he, he, he!



Kiedy Sofia wróciła w końcu do domu, nie mogła uwierzyć w to, co tam zastała.

Sofia: Co tu się wydarzyło??!!

Złośnica: Ups! To ja się na dzisiaj zawijam. Czeeeść!



Sofia: Olimpio Drozd! Czy możesz mi wytłumaczyć, czemu podłoga wygląda tak jak wygląda?

Olimpia: My tylko ją dekorowałyśmy ze Złośnicą.

Sofia: To nazywasz dekorowaniem? Czy cały zabłocony dywan to też dekoracja?



Sofia: Naprawdę nie rozumiem. Dlaczego to zrobiłaś? 

Olimpia: Już mówiłam. Złośnica powiedziała, że to będzie dobra zabawa, kiedy tak przyozdobimy podłogę.

Sofia: Złośnica to twoja wymyślona przyjaciółka?

Olimpia: Nie jest wymyślona. Jest najprawdziwsza, najzabawniejsza i najlepsiejsza.



Sofia: Rozumiem... No cóż. Niezależnie od tego, kto wymyślił tę zabawę, niestety efekt jest taki, że jest teraz bardzo brudno. I trzeba to teraz posprzątać. A ponieważ nie widzę tu nigdzie Złośnicy, żeby naprawiła to, co razem zbroiłyście, całe sprzątanie spada na ciebie. 



Olimpia: Mam posprzątać to wszystko... sama?

Sofia: Tak, dokładnie tak. 

Olimpia: Ale to niesprawiedliwe. Nie tylko ja tu nabrudziłam.

Sofia: Wiem, że to trudne i nieprzyjemne, kochanie. Ale to ty zgodziłaś się na taką zabawę i teraz trzeba posprzątać jej skutki. To część bycia odpowiedzialną.



Olimpia: No dobrze...

Sofia: Jeszcze jedno. Przydałoby się jakieś "przepraszam".

Olimpia: Przepraszam, mamo. 

Sofia: Tak lepiej. 



Sofia poczuła zaniepokojenie całą sytuacją. I chociaż to był dopiero pierwszy taki wybryk Ollie, coś jej mówiło, że to dopiero początek problemów. Taka intuicja matki. Powinna porozmawiać o tym z Bastianem, żeby żadne z nich niczego nie przeoczyło. 



Olimpia z drugiej strony czuła niesamowity żal do matki. I do całego świata. Przecież chciała się tylko dobrze bawić. A zamiast śmiechu i pląsów dostała mokrą ścierkę i stos pretensji. Kiedyś tak dobrze bawiła się z mamą, a teraz mama jej zupełnie nie rozumiała. 



Wcale nie chciała być odpowiedzialna. Odpowiedzialność była nudna i ciężka, a do tego psuła całą zabawę. Złośnica na pewno by się z nią zgodziła. 

W jej małym serduszku buzował gniew, który nie umiał jeszcze znaleźć właściwych słów.



Gdyby tylko Złośnica była teraz obok, na pewno podpowiedziałaby jakiś psikus, który poprawiłby Olimpii humor…  Albo przynajmniej pomógł jej nie myśleć o tym całym wielkim, niesprawiedliwym obowiązku. 


<<<Poprzedni rozdział: 27. DRUGA SZANSA

>>>Następny rozdział: 29. HAKUNA MATATA



Komentarze