13. OSTATNIA PRZYGODA

Kilka dni wcześniej.

Filip zaplanował ostatnią wyprawę, tak jak wcześniej zapowiadał. Jednak Anna zdawała się oczekiwać czegoś innego.

Anna: Nie mogłeś wykupić pokoju w jakimś resorcie? Teraz z nowymi systemami w grze to by działało prawie jak hotel...

Filip: Po co komu hotel. Czeka nas przygoda w dżungli!



Anna: Kochanie, a może jednak wrócimy do miasta i wybierzemy się do spa? Odpoczniemy, zrelaksujemy się przy dobrych koktajlach?

Filip: Później! Najpierw musimy znaleźć skarb w świątyni. Chodź, popatrz, jak tu pięknie!



Anna: No rzeczywiście. Cudowny widok. Ale chyba powinniśmy rozbić gdzieś tutaj obóz, zaczyna się ściemniać.

Sen został im nagle przerwany przez dziwne dźwięki na zewnątrz.

Anna: Też to słyszałeś?

Filip: Tak, ale nic nie widzę. Może to nic takiego.



Anna: NIC TAKIEGO?! Nie dość, że jestem pogryziona przez komary, to jeszcze chmara nietoperzy nas zaatakowała! 

Filip: Spokojnie. Mam wszystko pod kontrolą. 

Anna: Aha.

Tej nocy Annę spotkała jeszcze jedna przygoda, tym razem zaatakowały ją pszczoły.



Niestety, przez atak pszczół nie zdążyła dotrzeć do krzaczka, by załatwić swoje potrzeby. Po czym zaatakował ją kolejny rój pszczół. 

Anna: Czego wy ode mnie chcecie?! Może tego chcecie, co? Chcecie ten kwiatek? Łapcie!

Po akcji z pszczołami jednak poszła jeszcze w krzaczki, a potem wykorzystała przenośny prysznic, by się odświeżyć.



Filip: Przepraszam cię, mogłem się lepiej przygotować do tej wyprawy.

Anna: Nie odzywaj się do mnie. Po prostu chodźmy już do tej świątyni. 

W końcu jednak zapierające dech w piersiach widoki trochę rozmiękczyły Annę i dała się przeprosić.



Po krótkiej sesji zdjęciowej poszli popływać w Królewskich Łaźniach. Filip od czasu do czasu przeszukiwał miejsca wykopalisk. Anna była już w lepszym nastroju.



Kolejna noc obyła się już bez przykrych przygód, za to pod cudownym selvadoradyjskim niebem. 



Rankiem zaczęło padać, dobrze więc, że byli już przy świątyni i mogli się w niej skryć. Filip bawił się niczym dziecko, rozwiązując zagadki.

Filip: Patrz, patrz, udało się! A miałem 50/50 szans! 



Anna też pomagała w rozwiązywaniu zagadek, ale finalny ruch zawsze zostawiała Filipowi. Cały czas też zastanawiała się, skąd ten skurczybyk ma tyle szczęścia, że jeszcze żadna klątwa go nie trafiła, przy zerowej wiedzy z archeologii. W końcu Filip znalazł skarb. Mogli wrócić do cywilizacji. Tej żyjącej. 



W końcu zrelaksowali się porządnie, korzystając z dobrodziejstw spa. A przynajmniej Anna się zrelaksowała.



Filip: Zostawiliśmy namiot w dżungli!

Anna: Jak dla mnie może tam zgnić. Na pewno tam nie wrócę.



Anna: Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Filip: Ale, wiesz, tak dobrze nam poszło w Selvadoradzie, może jeszcze uda nam się zdobyć szczyt Komorebi? Mógłbym poszukać dobrych ofert i lepiej się przygotować tym razem.

Anna: Dzięki, Skarbie, ale dla mnie to już była naprawdę ostatnia przygoda. 



Tej nocy Anna odeszła. Na szczęście we własnym łóżku, śniąc romantyczne sny, a nie w namiocie pełnym robali. 

Filipa serce pękło na pół, gdy uzmysłowił sobie swoją stratę, a lęk przed samotnością zalał jego duszę. Nic już nie będzie takie same, gdy nie będzie jego jedynej miłości.



Nadszedł dzień pogrzebu. 



Rodzina powoli zajmowała miejsca w kaplicy. Przybyło rodzeństwo Anny - Dorota, Adrian i Sebastian. Oczywiście córki z rodzinami - Maja i Bea. Przybył też brat Filipa - Piotr, z żoną Yuki. 

Bas: Dziękuję, że jesteś tu ze mną. 

Sofia: Oczywiście. Żałuję, że nie miałam szansy lepiej poznać twojej babci.



Izi odegrała Marsz Pogrzebowy, a Maja przy jej akompaniamencie wygłosiła mowę pożegnalną. Filip nie był w stanie wymówić słowa. Nie mógł nawet wstać. Chciał powiedzieć tyle rzeczy, ale ból dusił go od wewnątrz. 



Przemowa Bastiana była inna, lżejsza, opowiadał jak grał z babcią w gry karciane i układał z nią puzzle. Wspomnienia poruszały serca, ożywiały Annę. A gdy Bea zaśpiewała Elegię, przy akompaniamencie Mrocznego, w Filipie coś się w końcu odblokowało. 



W końcu wstał i zapalił świecę. Dla Anny. Dla swojej ukochanej. I chociaż żal nadal rozrywał mu duszę, wiedział, że musi zrobić ten mały krok do przodu. Trzeba żyć dalej, nikt nie powiedział, że to będzie łatwe. Jego żałoba dopiero się zaczynała.



Maja: Tato, tak mi przykro.

Filip: Nic nie rozumiesz. To moja wina! Moja wina! Ja zaciągnąłem ją na tę głupią wycieczkę! Ostatnia przygoda! Co ja sobie myślałem!! Wykończyłem ją. To wszystko moja wina. 



Maja: Tato... To nie była Twoja wina. Mama była silna. Po prostu nadszedł jej czas. 

Filip: Co ja bez niej zrobię. Tak bardzo za nią tęsknię. 

Maja: Wiem, tato, wiem. Ja też za nią tęsknię. 

Filip: Zostałem zupełnie sam. 



Maja: Co ty mówisz? Nie zostałeś sam. Przecież jesteśmy my.

Filip: Wy mieszkacie tak daleko. Tutaj nie mam już nikogo. 

Maja: Tato, mam pomysł. Przeprowadź się do nas. Ja i Jace będziemy szczęśliwi, mając cię blisko. 

Filip: A dom? Co zrobimy z domem? Ze sklepem mojego taty?



Maja: Nie myśl o tym teraz. Na razie wróć z nami, tato. Resztą zajmiemy się później. 




W końcu zapadł zmrok i ostatnie pożegnanie dobiegło końca. 




W ciągu kilka następnych dni Maja i Jace pomogli Filipowi sprzedać sklep z meblami. Filip przeprowadził się do nich do San Sequoi razem z pieskami. A dom po Drozdach w Windenburgu kupili potomkowie Zoe Patel (która była najlepszą przyjaciółką Klary Drozd, prababci Bastiana.)



A tak to się zaczęło, gdy Drozdowie po raz pierwszy wprowadzili się do domu w Windenburgu. Filip był tu nastolatkiem. 


<<<Poprzedni rozdział: 12. WILCZE PERYPETIE




Komentarze